You are here
Home > Lifestyle > Ballada o polędwicy z marketu

Ballada o polędwicy z marketu

Co jakiś czas wybuchają na forach dyskusje na temat szkodliwości jedzenia, na temat zawartości trucizn w jedzeniu, na temat tego jak to GMO chce nas zabić itd itp… Temat jak najbardziej na czasie…

Krótka historia z mojego  życia:

Polędwicę wędzoną taką pakowaną w folii próżniowo ostatnio kupiłem w markiecie. Termin jeszcze na długo do przodu. Cena fajna bo dużo mniej niż 20zł/kg. Skusiłem się, nie powiem. Trochę w sumie dla eksperymentu, bo przeważnie kupuję wędliny ze sprawdzonych źródeł, jeśli akurat skończył mi się pieczony przeze mnie boczek. W domu polędwiczkę z folii otwieram. Fajnie wygląda, zarumieniona nawet i w tym takim sznureczku, co babcia szynki wędziła, a koleżanki nastolatki na nogi takie siatki zakładały na imprezy. No, całkiem fajnie-ładnie wyglądało, mięsko bez grama tłuszczu, no wiadomo, w końcu poszalałem i kupiłem polędwicę a nie jakiś tam baleron dla biedaków. Tak więc nakroiłem sobie plastrów i na kanapkę nałożyłem… otwieram piwko (wiecie, żaden koncerniak, normalny kraft, jak Kopyra przykazał) siadam sobie do komputera, złocisty napój wypełnia zapachem me nozdrza, a następnie wypełnia usta i przełyk. Zabieram się więc za kanapkę i…
…ku*wa niedobra ta polędwica jak jasny ch*j.

A tak drogą rozwinięcia:

Dużo chemii ładuje się tam gdzie produkcja ma być kure*sko tania, terminy długie, sprzedaż duża, rynek szeroki… jakość… mniejsza z doznaniami smakowymi. Taka tam wędlina od chłopa będzie kosztowała więcej niż 20zł/kg, czasem nawet dużo więcej, ale smakować będzie w cholerę lepiej! Która jest bardziej szkodliwa? Pewnie ta od chłopa, bo w efekcie więcej jej zjem. :D A substancje smoliste, tłuszcze…

Owoce/warzywa – możecie je kupić teraz w markecie dzięki technologii. Jest środek kur*a zimy, gdyby nie technologia, transport, szklarnie, hydroponika, GMO, nie mielibyśmy ogóreczka, pomidorka, sałatki. Zimniory i marchewy też by były już pomarszczone jak dziada wór. Co nie zmienia faktu, że te pomidorki teraz ‚w środku zimy’ smakują jak suchy papier. Ogóreczki mają smak wody z kwaskiem. Kapustka też taka sobie i nawet 1000% droższa niż w sezonie. Także tak: Jakby nas było stać, i mielibyśmy czas, to każdy jadłby tylko samą zaj**istość ze wsi od babuleńki. Dzięki całej tej chemii w ogóle mamy co jeść i nie musimy wydawać 2000zł/miesiąc/osobę na samo jedzenie… i jeszcze jeździć cholera wie gdzie i szukać. Cała dyskusja o szkodliwości czy nieszkodliwości takiego jedzenia, jest o tyle z dupy, że jeśli już ktoś chce być ‚healty’ to wie czego unikać i gdzie co kupować, a jak ktoś ma inne priorytety w życiu, to od tego są ci wszyscy specjaliści i inne ustawy i dyrektywy, żeby go pierwsze lepsze jajko czy jabłko z marketu nie za*ebało. Ja wiem że teorie spiskowe i wszystko, ale gdyby nie obostrzenia względem składników pożywienia to jedlibyśmy dzisiaj gunwo z ołowiem, rtęcią i pestycydami, herbicydami w takim stężeniu że komar by na nas nie siadał.

Gorzej z mięsem. Są obostrzenia, tylko tu wystarczy weterynarzowi i kontroli posmarować i ładuje się antybiotyków w opór. A ta właśnie w/w polędwica z marketu to siedliszcze technologicznego geniuszu: świnia genetycznie wyselekcjonowana, w klatce, bez centymetra ruchu, na antybiotykach, karmiona jakimś mlekopanem, zarżnięta co prawda i oporządzona w sterylnych warunkach. Mięso następnie w ‚fabryce’ zapeklowane, nadźgane glutenem, napchane wodą, zakonserwowane ch*jwiczym, uwędzone chemicznie i zabarwione chemicznie. Zwyczajnie ch*jowe w smaku.

Co nie zmienia faktu, że na dzisiejszych emeryturach wędlina za 15zł/kg to jest zbawienie dla wielu, wielu polaków. Niestety.

Top
%d bloggers like this: