You are here
Home > JoeMonster > heheszki > Kultura w komunikacji miejskiej

Kultura w komunikacji miejskiej

Ostatnio rzadko korzystam z komunikacji miejskiej, ale jak już korzystam…

…to jestem świadkiem upadku kultury. Nie ma co wyolbrzymiać, nie ma co demonizować, jednak trafiają się jednostki wybitne. Oto one:03

Wszystkie opisane poniżej sytuacje wydarzyły się naprawdę.

Baba z torbą – klasyk na początek.

– No co mi tu Pan tak tą torbę szarpie?

– Ja tylko staram się stanąć na prostych nogach, żeby się nie przewrócić, a chciałbym zauważyć, że podcina mi je Pani stukając torbą w moje kolana od tyłu.

– Patrzcie no! Taki gówniarz a taki bezczelny! Szczyl będzie mi mówił jak mam torbę trzymać! Gnoje tylko w tych autobusach! Chamy i nic więcej!

Biegnę! Biegnę bo się spóźnię!

I tak biegnę na złamanie karku i skręcenie kostki po kamiennych schodach. Muszę wbiec, co sił, z pełnym impetem w drzwi. Muszę je pokonać, chociaż słyszałem już sygnał zamknięcia drzwi! Muszę wbiec szybciej bo nie zdążę na metro! A następne mam dopiero za 3 minuty!

Cześć Heniek, chcesz piwo?

– No cześć. Chcesz piwko?
– Nie no, nie mogę teraz.
– Ale ja tu mam, masz dam Ci, to sobie zaraz wypijesz. Ja tu sobie popijam czwarte już, ale jeszcze mam.
– Nie, nie, ja jeszcze dzisiaj pracuje.
– No ja też pracuję, właśnie mnie wieziesz do roboty, zaraz siadam w sto szesnaście i mam dwa kółka do zrobienia.

Tak, to była rozmowa dwóch kierowców trzy przystanki od pętli. To był ten gorszy wariant. Na co dzień przejeżdżając obok zajezdni Kleszczowa byłem świadkiem rozmów kierowców wracających z pracy. Rozmowy oczywiście przy piwku. Tematy przeważnie dotyczyły zagrożeń związanych z autobusami, łamaniem przepisów, zatajaniem usterek, łataniem dziur w autobusach, które nie powinny od lat już jeździć w taborze. Ah… no i jeszcze o sku***ństwie pasażerów. Takie tam. Branżowe heheszki.

Co te książki tak czytajo?

– inteligente pier**lone. Wagonem jechać, za okna paczeć, a nie czytać. – Powiedział podchmielony Pan, patrząc na mnie i kilku moich współpasażerów, czytających papierowe wydania e-booków. Jechaliśmy wagonikiem metra. Za okna, nawet na wezwanie, nie „paczaliśmy”.

Mmmm kocham Cię.

Powiedział on do niej, potem ona do niego, potem zaczęli się przytulać, obściskiwać, rączki latały to w dół to w górę. Ich twarze spotkały się ze sobą a ich języki i wargi zaczęły wydawać romantyczny odgłos mopa chlapiącego o mokrą podłogę, bajkowy pląs łososiowego ogona klepiącego w kałużę na kutrze, odgłos mątwy rzuconej o ścianę i z plaskiem osuwającej się na podłogę. Stękając przy tym jak buldog po wbiegnięciu na drugie piętro, jak pedofil w sklepie z zabawkami. Tak, miłość w autobusach kwitnie. Nawet zimą.

Kulturzyści.

Niektórzy obrali sobie za punkt honoru wyedukowanie współpasażerów w kwestii kultury poruszania się komunikacją miejską. Sytuacja właściwa zaobserwowana gdy osoby próbujące wejść do autobusu skutecznie uniemożliwiały wyjście z tegoż:

– Rusz się …rwa! Najpierw się …rwa wychodzi, potem się …rwa wchodzi!!! Wyp…laj mi stąd!

Rowerzyści.

W sumie dlaczego miałoby mi przeszkadzać to, że ktoś chce przewozić autobusem rower… w godzinach szczytu… codziennie…

Profesjonalni muzycy.

Cisza, spokój, chwila wytchnienia po ciężkim dniu pracy… wtem jedyną rzeczą wznoszącą swe dźwięki ponad szmer kół i szum silnika jest… rytmiczne stukanie nogą, stukanie długopisem w metalową rurkę, pstrykanie palcami. Podnoszę głowę, a tam jakiś młokos z pchełkami za pińć zeta w uszach, pstryka sobie w rytm wątpliwej jakości techno, bujając się przy tym jak gibon.

Jedzenie.

Co jedzą ludzie w autobusach? Oczywiście szybkie, śmieciowe jedzenie. Podróż autobusem w okolicach „restauracji” z sieci fast-food to ciągła, prowokowana przez nozdrza, walka trzewi o niepowodowanie odruchu wymiotnego na widok i swąd smażonych specjałów mających z jedzeniem tyle wspólnego ile moje stare sandały z głębioną Rowu Mariańskiego. Z resztą, czasem w takiej sytuacji chciałbym sztachnąć się starym trampkiem, tak na otrzeźwienie zmysłów. W tej kategorii umieszczę też wszędobylskie kebaby. Co jeszcze? Drugą najpopularniejszą przekąską w autobusach są nieśmiertelne chipsy (najlepiej zielona cebulka, albo serowe). Zapachy, że powietrze lizać! Co jeszcze można zjeść w niekrępujący sposób w autobusie? WAFLE RYŻOWE!!! Ja już pomijam fakt, że nie przepadam za ich smakiem, ale zapach tego styropianopodobnego tworu przyprawia mnie o przewrót kiszek. Mówię poważnie, wolałbym wąchać psie rzygi zjedzone przez kota i wyrzygane jeszcze raz… tak mniej więcej odczuwam zapach wafli ryżowych i na każdą wspominkę robi mi się niedobrze. Na całe nieszczęście tego świata są ostatnio takie trendy i cool i w ogóle dietetyczne i kto je wafle ryżowe ten jest spoko i fit. Fit jak fit, na pewno nie spoko i cool. Gdybym był hobbitem to wrzuciłbym wszystkie wafle ryżowe do tej piekielnej dziury razem z pierścieniem. Coś jeszcze? Dzisiaj stanęła obok mnie pięknie obdarzona przez naturę Pani z całą powierzchnią piersi obsypaną okruszkami po tych małych okrągłych smakowych sucharkach o tak intensywnym zapachu. Jeśli się nie mylę to jest ich kilka smaków: serowe, cebulowe, czosnkowe i pizza – specjalnie z myślą o komunikacji miejskiej.

Cherlanie. Chyrlanie. Flegma spływa po drzwiach i oknach.

– Ej Justyna jak ty strasznie kaszlesz!
– Ekghh, ekghhh, no wiesz, byłam u lekarza…
– No i co Ci powiedział, no bo to okropnie.
– To jest wirusowe zapalenie czegoś tam… Ty? O to tym się można zarazić?
– Nie, chyba nie, jak wirusowe to nie. A co?
– A nie bo myślałam, że to może od Marcina, wiesz…
– Nie, tak raczej nie, raczej spoko.
Byłem świadkiem tej rozmowy, dziewczyna wyglądała jakby miała zaraz zejść. Po słowie „wirusowe” ja i kilka innych osób przesunęliśmy się w przód autobusu. Pewnie i tak niewiele by nam to pomogło. Niestety jest takich parę miesięcy w ciągu roku, kiedy audycja radiowa disco-polo zwykle dobiegająca z kabiny kierowcy jest zakłócana chóralnymi kaszlami z trzewi autobusu. Motyw dźwiękowy nawet nie jest istotny, gorzej z epidemiologią.

A wiesz! Bo słuchaj Mariolka…

Dlaczego… dlaczego znów… dlaczego ten autobus wybrała sobie na tą rozmowę…

Są dwa scenariusze tej sytuacji. W pierwszym ONA rozmawia z Mariolką przez telefon, raczej rozmawia DO Mariolki, bo nie daje jej ani sekundy na odpowiedź. I tak nadaje i nadaje i nadaje i nadaje… oczywiście najgłośniej jak umie, przerywa czasem jakimś prychnięciem albo „hasztag śmiechłam wiesz… hihi” Drugi scenariusz: Mariolek jest więcej. „Chodźcie bejbusie tutaj na czwóreczkę jest wolna hihi” I gadają i nadają i śmieją się jak tępe dzidy wniebogłosy, wszystkie na raz, żując w najwulgarniejszy z możliwych sposobów gumy do żucia, od czasu do czasu poprawiając swój „look” błyszczykiem.

Niech się bawią, niech się cieszą, niech się malują, niech machają logotypami swoich trzymanych na kolanach torebek… tylko niech to robią trochę ciszej! Czasem jadąc autobusem, takie ONE mi to skutecznie zagłuszają, a ja naprawdę mam ochotę wsłuchać się w ten silnik z Jelcza.

Młodzież w garniturach.

Oddani wojownicy kompanii Domaniewskiej ‚aka’ Żołnierze Mordoru, to oddzielny rozdział w teorii ewolucji ludzkości.
– Tak Panie prezesie! Tak jest! Już jadę! Zaraz będę!
No można rozmawiać przez telefon, ale po pierwsze primo: nie trzeba się drzeć. Po drugie primo: nie trzeba stać na baczność – co prowokuje możliwość nagłego upadku. Po trzecie primo ultimo: jeśli rozmowa z Panem Prezesem wzbudza w człowieku zespół kija w dupie i sztywności członków, powodując zamieszanie wśród przegród nosowych współpasażerów muszących unikać lawirującego łokcia od tej ręki która rozmawia przez telefon… no… może jednak warto odłożyć tę rozmowę o dwie minuty, ewentualnie wyluzować, a najlepiej zastanowić się nad priorytetami w swoim życiu i wyjechać na stałe w Bieszczady? Temat zostawiam do przemyślenia.

Szeregowi żołnierze Mordoru, którzy nie odbyli jeszcze nigdy rozmowy z prezesem, rozpychają się za to malowniczo łokciami i na swoich laptopach kończą na szybko „prezki” w power poincie i uzupełniają bazy danych w Excelu. O godzinie ósmej minut trzydzieści w największym możliwym autobusowym tłoku. Ja już pomijam fakt, że kilka niemałych firm, ryzykuje wypływ ciekawych danych przez jakiegoś niespełna-inteligentnego rycerza bez cnoty znajomości GIODO i zwykłej kultury pracy z danymi.

Profesjonalni beatboxerzy.

Zawsze jest ich dwóch, jeden robi beatbox a drugi wrzuca co chwilę „niezłe”, „dobre to było”, „to zajebiste”. Niestety nie jest to zakłamany obraz beatbox’u jaki znamy z zagranicznych hip-hop’owych produkcji. To jest nasz rodzimy beatbox na miarę naszych możliwości, my tym beatbox’em zatykamy niedowiarkom uszy. Dosłownie, bo brzmi on jak gorący żwir z porannej lewatywy kręcący się w turbinie odkurzacza. Do tego autorzy bujają się jak bańki-wstańki wymachując przy tym rękami, trącając stojących wokół ludzi. Ich szeleszczące drogie ciuchy ze skate-shopów mówią tylko tyle, że ich posiadacze nie są w stanie ogarnąć rozumem ile mamusia musiała pracować na ich zakup. To jest taki młodzieżowy bunt w narciarskiej kurtce za 900zł.

Wulgary.

Ostatni wulgar jakiego widziałem był zarazem muzykiem jak i beatboxer’em, w dodatku tancerzem, gibonem, rezusem i Mariolką w jednym. Ah. Z wiejskim akcentem. Tzn, w jego mniemaniu to pewnie był ‚amerykański-hip-hop-luz-akcent’. Otóż… nie, nie był.

Wulgary uważają, że jeśli będą się zachowywać głośno, mówić głośno, przeklinać głośno, to wzbudzą szacunek (respekt!) wśród gawiedzi. Otóż… wzbudzają tylko litość i ubolewanie nad tym, że zagłada polskiej inteligencji w trakcie drugiej wojny światowej doprowadziła to społeczeństwo do skraju naturalnej głupoty. Prawdopodobnie wystarczyłoby pomniejszyć IQ takiego osobnika o jeden punkt, by nie umiał już samodzielnie oddychać.

Atleci.

Stoję sobie przy drzwiach wagonu, gdy nagle jakiś starszy Pan przechodząc szturcha mnie z takim impetem, że mało co mi kredki z tornistra nie wypadły.
– Przepraszam! – mówię mocno w kierunku jego pleców. Dziadzio odwraca się.
– Nie szkodzi, nic się nie stało. – stwierdza zniesmaczony i idzie dalej.

Top
%d bloggers like this: