You are here
Home > Lifestyle > Nakręcony na sukces

Nakręcony na sukces

Zmotywowany na cel! Nastawiony na przekraczanie granic!

Bardzo chciałem nauczyć się łaciny. Posługiwanie się nią to dla mnie wyznacznik pewnego statusu intelektualnego. Język martwy, nieużywany, a jednak bardzo ważny i bardzo istotny dla zgłębiania nauki dalszych, już współczesnych języków. Poznałem język hiszpański, nauczyłem się w stopniu komunikatywnym języka katalońskiego, zarówno w mowie jak i w piśmie, a w następstwie naszła mnie ogromna ochota, aby sięgać dalej. Ze znajomością tych dwóch tylko języków mogłem już w pewnym stopniu zrozumieć włochów, a w piśmie nawet francuzów. Łacina pozostała kluczem, który otworzyłby mi możliwość dogłębnego zrozumienia języków romańskich. Zawsze byłem zafascynowany językami obcymi i chętnie się ich uczyłem.

Łacina! Poznać łacinę. Nauczyć się jej z tych dwóch względów. Dla wyznaczenia własnej wartości i dla otwierania sobie nowych dróg rozwoju. O łacinie mogłem mówić wiele, choć tak naprawdę niewiele się na niej wyznawałem. Dlatego też wyposażyłem się w książki, w skrypty, znalazłem internetowe fora i strony zajmujące się tym zagadnieniem. Na studiach na które poszedłem był też taki przedmiot jak łacina, więc w zasadzie miałem już wszystko. Miałem ogromną motywację, miałem wszystkie potrzebne materiały i  miałem świetnego nauczyciela, który bardzo jasno i rzeczowo potrafił rozwiać wszelkie problemy związane z nauką tego języka, miałem też dobrą podstawę dla rozumienia łaciny, przez samą tylko znajomość hiszpańskiego i katalońskiego. Czas zacząć naukę, tylko jeszcze kupię tę jedną niezwykle chwaloną pozycję wydawniczą i popytam wykładowcę o etymologię kilku słówek.

Z łaciną zrobiłem dokładnie to co z powyższymi akapitami. Przegadałem ją. Przegadałem ją po polsku, wśród moich znajomych. Opowiadałem o niej wylewnie, z fascynacją, z werwą i zapałem, chwaliłem, wynosiłem na piedestał. Koronowałem ją na królową języków, ubrałem w najpiękniejsze przymioty i postawiłem ją na półce obok słowników i podręczników.

Byłem zbyt bardzo zmotywowany. Chodziłem jak nakręcony, trajkotałem o tym jak bardzo jest mi ta łacina potrzebna, jak wielkim celem życiowym jest dla mnie jej pojęcie. Standardem przy nauce każdego języka obcego jest nagradzanie się zrozumieniem. Jeśli uczymy się angielskiego i dochodzimy do stopnia w którym jesteśmy w stanie obejrzeć cały film bez napisów, to czujemy, że osiągnęliśmy jakiś poziom swojego celu! Czujemy, że oto spotkała nas nagroda, a my przecież tak bardzo lubimy nagrody, dlatego sięgamy dalej, żeby zrozumieć więcej.

Motywacja odebrała mi rzeczywistą potrzebę rozwoju. Za nagrodę uważałem bowiem już sam zakup podręczników, rosnący stosik słowników, uczęszczanie na zajęcia, pogłębianie wiedzy ogólnej, etc etc… Zafundowałem sobie tak wiele nagród, że zabrakło już miejsca na rzeczywistą naukę. Byłem bardzo zmotywowany, ale motywowałem się tanio. Każdego w końcu stać na to, żeby pójść do księgarni i kupić książkę, ale nie każdego stać na to, żeby usiąść choćby na godzinę i ze zrozumieniem jeden rozdział przeczytać. Im więcej pobudza się w nas zapalczywej motywacji, tym tańszych nagród szukamy.

Bardzo często według tego schematu działają osławione dzisiaj szkolenia motywacyjne, wszystkie piękne mowy pokazujące nam jak łatwa jest droga do sukcesu, mogą okazać się bardzo niebezpieczną pułapką motywacyjną. „Zrób tylko to”, „Wizualizuj sobie sukces”, „Wystarczy, że zrobisz tych kilka prostych czynności” , „Kup sobie tę książkę, ona zagwarantuje Ci dalsze sukcesy”, „Motywuj się najprostszymi rzeczami”. Mistrzem nad mistrze jest niezwykle popularny dzisiaj Pan Mateusz Grzesiak, który potrafi wpajać swoim odbiorcom, że poranne umycie zębów, czy zawiązanie butów jest zwycięstwem ducha nad materią. Oto zwykły człowiek stał się panem szczoteczki i pasty, zaklinaczem sznurowadeł. Oto zwykły człowiek decyduje i wybiera. Oto zwykły człowiek zwycięża. Pozwolę sobie tego dalej nie komentować.

Nie można zaczynać od nagrody. Trzeba zacząć od pracy i mieć nadzieję, że starczy sił i wytrwałości, aby do nagród własnymi siłami dojść. Cała ta szopka z motywacją jest przereklamowana. Wyznawcy (bo już ciężko ich nazwać odbiorcami), chodzą na kolejne szkolenia i łykają co raz to nowe sposoby na wzbudzenie motywacji, na nakręcanie się na realizację jakichś przeważnie nieokreślonych celów. Chodzą od szkolenia do szkolenia, okładają się książkami i broszurami, szastają cytatami, a potem znów wracają na szkolenia, znów kupują książki, chodzą jak nakręceni, tym wszystkim wzbudzają w sobie poczucie nagrody i ładują całą swoją energię w sposoby na zwiększanie swojej złudnej motywacji, a wystarczyłoby powolutku zacząć pracować nad osiąganiem swoich własnych celów i nad realizowaniem swoich własnych potrzeb. Nie trzeba było kupować żadnej książki, wystarczyło uczyć się łaciny.

Nie motywujmy się do robienia rzeczy – po prostu je róbmy.

Piotr Iskra
Piotr Iskra - z życiowych dokonań najbardziej znaczącym będzie to, że nie ukończył szkoły podstawowej. Mimo wszystko "Nie ma wymówek!" #noexcuses
https://www.instagram.com/piotriskra/
  • Nie potrzebujesz motywacji, potrzebujesz, żeby ktoś zdzielił Cię 30-40 razy kijem golfowym w głowę, to Cię zmotywuje, jak mawiał filozof:)

    • Dziadek mówił, że stary cygan najpierw dziecko bił za zbity dzban, a dopiero potem dawał mu dzban i wysyłał po wodę. Tym sposobem dziecko miało nigdy dzbana nie rozbić.

      Podejrzewam, że to bardzo skuteczne. :D

  • zraisok

    najprostsze rzeczy bywają najtrudniejsze, najbardziej oczywiste prawdy są tak oczywiste, że się o nich zapomina. podsumowanie miażdżące, dzięki za przypomnienie, dzisiaj mój ograniczony (albo przeładowany) móżdżek potrzebował tego oczyszczenia

  • Niezbędnik Kobiety

    Świetne! Ja co prawda nie mam problemów ani z motywacją, ani z ciężką pracą. Życie nauczyło mnie, że ciężką pracą tylko można osiągnąć sukces – nie samą motywacją, chociaż jest ona potrzebna. Ja jednak wolę być zdeterminowana niż zmotywowana. Kiedy jestem zdetereminowana potrafię przejść samą siebie, jeśli tylko zmotywowana – może to się szybko skończyć. Ja najczęściej rozbijam sobie naukę języków na małe programy (2-tygodniowe bądź miesięczne) i w tym czasie realizuję to co sobie założyłam, jest to dla mnie lepsze niż np dawanie sobie roku na opanowanie języka. Łacinę znam na potrzeby anatomii, którą operuję na swoich zajęciach. Pozdrawiam!

Top
%d bloggers like this: