You are here
Home > Lifestyle > Nasze okrutne matki.

Nasze okrutne matki.

Matki zawsze chcą robić dobrze i są często tak zaślepione tą swoją dobrocią, że stają się nadgorliwe. Najłatwiej sobie tłumaczyć: „Mama lubi gotować, prać, sprzątać, bo chce dla mnie jak najlepiej, więc dlaczego miałbym jej to odbierać? Ona właśnie czuje się dobrze kiedy to robi, żyje w zgodzie ze swoim sumieniem, gdyby tego nie robiła, to czułaby się źle”. Ja takie tłumaczenia słyszałem wielokrotnie, a najgorsze, że przeważnie z ust matek. I wszystko jest w porządku jeśli dziecko ma 16 miesięcy, ale nie 16 lat! Dzieci rosną szybko i rodzicom często umyka moment, w którym powinno się je nauczyć o siebie dbać i wokół siebie coś zrobić. Dzieci z kolei żyjąc w tym poukładanym przez rodziców świecie w którym wszystko samo się dzieje, nie są w stanie nawet sięgnąć myślą do tego, żeby coś zrobić. Nie dlatego, że są złe, czy niewdzięczne. Po prostu nie mają takiej perspektywy, bo rodzice im jej nie dali.

Moim skromnym zdaniem szesnastoletnia osoba powinna mieć już wszystkie potrzebne w życiu umiejętności. Prowadzenie domu i utrzymywanie porządku wokół siebie to nie jest inżynieria genetyczna, każdy nastolatek ma w głowie cały wachlarz narzędzi potrzebnych do poprowadzenia gospodarstwa domowego. Może nie ma dochodów, więc nie zapłaci rachunków, ale dlaczego nie siadamy z nastoletnimi dziećmi do domowego budżetu, czy chociaż płacenia faktur za prąd? Chcemy im tego oszczędzić, a tak naprawdę zabieramy im jakąś wiedzę o świecie. Tak samo jak zabieramy im wiedzę o tym jak się nastawia pranie, jak się robi obiad, jak się robi zakupy, jak się pomaga Cioci w przeprowadzce, ile godzin pracy kosztują nowe buty, itd… Skąd te biedne dzieci mają później wiedzieć co to znaczy, że coś jest „dobre”? Dla dziecka sprawa jest prosta, dobre to są nowe markowe buty, dobre to jest oglądanie śmiesznych filmików, dobre jest zrobienie tak, żeby ktoś inny wyszedł z psem, czy żeby nie trzeba było robić lekcji w domu. Dzieci nie mają dylematów moralnych, bo nie muszą ich mieć, a jeśli nie odpowiadają same przed sobą za swoje czyny, to skąd mogą takie dylematy mieć?

Karać. Oczywiście można na dziecko nakrzyczeć za jedynkę ze sprawdzianu, można zabrać komórkę, komputer, dać szlaban itd. Dziecko dostaje wtedy ważną lekcję. Następnym razem będzie już wiedziało, że jeśli rodzic się dowie o jedynce, to zrobi coś złego. To nie będzie „Ja zrobiłem źle, że się nie nauczyłem” tylko „Mama zabierze mi telefon i to będzie złe”. No to kto tutaj zrobił źle? Nie ma dylematu, dla dziecka sprawa jest prosta. Kara nałożona przez rodzica to jest sztuczna konsekwencja czynu, i na moje oko ma bardzo małą wartość dydaktyczną.

Wiecie co jest prawdziwą karą uczącą dzieci konsekwencji za popełniane czyny? Dam kilka prostych przykładów: skaleczenie się nożem, czy zbitym szkłem, poparzenie się płomieniem świeczki, gorącą herbatą, parą, patelnią, karkówką, czymkolwiek, wyrżnięcie spektakularnego orła na mokrej podłodze, na lodzie, na śliskim chodniku, zranienie czyichś uczuć i wypowiedzenie szczerych przeprosin. Okrutne? Każdy dorosły człowiek się skaleczył, poparzył, przewrócił, przeprosił. Im wcześniej tym lepiej. Takie jest moje zdanie.

Dzisiaj nie dajemy dzieciom zbyt wielu szans na popełnienie ww błędów, a najchętniej zawinęlibyśmy je w folię bąbelkową i postawili na środku pokoju, żeby nic im się nie stało. Za dużo chuchamy, a zostawiamy za mało miejsca na naukę życia. Wiecie jakie to jest proste? Nad gotującą wodą unosi się para, wystarczy przeciągnąć po niej ręką, pokazać to dziecku i powiedzieć „Para jest bardzo gorąca, można się oparzyć, chcesz spróbować?”. Dziecko oczywiście będzie chciało spróbować, oczywiście się poparzy, oczywiście będzie złe, ale jeśli zrobi to pod Waszym okiem, to będziecie mieli gwarancję, że nie zrobi sobie krzywdy. Tylko się wystraszy. Co ważne, to pewność, że nie zrobi tego wylewając na siebie całego czajnika wrzątku, kiedy nie będziecie patrzeć. W dodatku nauczycie je, że „oparzenie” musi od razu polać zimną wodą. Sam zysk. Dziecko znów zakoduje „To Tata jest zły, bo namówił mnie do zrobienia czegoś, czego nie wolno robić”, tylko że po trzydziestu minutach dziecko już będzie z Tatą przeproszone, a człon „coś czego nie wolno robić” zostanie, bo on od początku był dobrze sformułowany.

Dajcie dzieciom gotować. Dajcie dzieciom pieprz kajeński, czy chociaż imbir i podpuśćcie je, żeby nasypały troszkę na kanapkę, albo do jajecznicy. Nasypią tyle, że dla pułku wojska by wystarczyło, a wtedy wystarczy zaprosić je do konsumpcji. Nie każcie im tego potem jeść, ale niech chociaż spróbują. Eksperymentowanie jest ważne i daje dużo wiedzy. Sam mam blisko trzydzieści lat i właściwie codziennie eksperymentuję w kuchni. Nie ma w tym tak spektakularnych klap, ale za to grupa badawcza ds oceny kulinarnych efektów jest większa.

Matki dzisiaj są zaślepione blogami, poradnikami i telewizjami śniadaniowymi. Matki są nadgorliwe z wewnętrznej potrzeby robienia wszystkiego dobrze. Matki nie pozwalają swoim dzieciom uczyć się życia, bo to kłóci się z trendem i wewnętrznym przekonaniem. Kiedy byliśmy młodsi to powtarzaliśmy sobie z myślą o naszych rodzicach „Ja nigdy taki nie będę!”. I obyśmy czym prędzej o tym zapomnieli. I obyśmy właśnie tacy byli.

Niech to zabrzmi jak przestroga: mam kilku kumpli zbliżających się wraz ze mną do trzydziestki, którzy nie wiedzą gdzie się kupuje skarpetki, a pralkę włączają hasłem „Mama!”.

  • „pralkę włączają hasłem „Mama!”
    Kradnę :D

  • Co za smętne pierdolenie. Od kiedy to jakikolwiek szlaban albo kara nauczyła kogokolwiek czegokolwiek poza „następnym razem będę ostrożniejszy i mama się nie dowie”.

    • Wróć na górę, przeczytaj tekst, potem przeczytaj swój komentarz, potem go usuń, bo jest irrelewantny. :)

      • Nie masz dzieci, prawda? ;)

        • Mam. :) Nie czytałaś tekstu, prawda? :)

          • Niestety czytałam. Brzmi jak bulek gimbazjalisty, że koledzy nie musieli zmywać naczyń i nie dostawali szlabanu na komputer, a on musiał i był przez rodziców musztrowany i teraz chętni by się na kimś odegrał, na przykład na własnym dziecku. Bezradność dzisiejszych dzieci jest o tyle dyskusyjna, że samo państwo nakłada na rodzica obowiązek bardzo silnej opieki do 12 roku życia, czyli np. nie wolno siedmiolatka puścić samego na podwórko. Uczenie dziecka porządku? W XXI wieku? Helou, ja sama sprzątam mieszkanie raz na miesiąc, w szafie mam burdel, po co mam uczyć to moje dziecko? Wolę je uczyć, jak się dobrze bawić. ;)

          • Aha, czyli nie zrozumiałaś. :D Tego się spodziewałem już po pierwszym komentarzu. :)

          • Raczej Ty nie rozumiesz swoich urojeń. Nie znam ani jednej matki (a znam bardzo wiele), która chowałaby swoje dzieci w sposób, który opisujesz. Fantazja Cię ponosi. :)

          • Nic nie powiem xD

          • Michal Krawiec

            Jak można tak bardzo nie zrozumieć słowa pisanego?! Oniemiałem…

Top
%d bloggers like this: