You are here
Home > #trustory > #trustory – Pan Czółko

#trustory – Pan Czółko

Uwaga! Wpis zawiera sceny drastyczne. Nie dla wrażliwych.

W pewien piątek przed północą wracałem ostatnim autobusem do mojego słoikowa pod Warszawą. Lubię siadać na samym początku po prawej stronie, ale akurat siedział tam jakiś Pan obłożony siatkami z piwem, więc usiadłem po lewej. Zaraz na początku trasy udało mi się usnąć.

Ze snu wyrwał mnie huk. Otworzyłem oczy, ciemno jak w de, zespół dezorientacji sennej, nie wiem gdzie jestem, autobus w ruchu. Rozglądam się po autobusie, Pan po prawej stronie zniknął, ale po autobusie turla się rozsypane piwo. Zerknąłem na podłogę przy swoim siedzeniu i zauważyłem, że Pan podnosi się z pozycji leżącej do klęku. Sprawa jasna, Pan przysnął jak ja i na prawym mocnym zakręcie mnie wcisnęło w szybę, a on bezwładnie zleciał. Chciałem mu pomóc i w tym momencie zaczęła się jedna z najbardziej popieprzonych historii mojego życia.

Nie miałem jak zejść z siedzenia, żeby na niego nie wejść, był do mnie tyłem:

-Spokojnie proszę Pana, nic Panu nie jest? – położyłem mu rękę na ramieniu
-…mmm – brak odpowiedzi.
-Pomogę Panu usiąść, powolutku. – udaje mi się przecisną i nadal jestem za jego plecami, pomogłem mu na kolanach dojść na środek autobusu, gdzie podłoga jest szersza. Siadając obrócił się do mnie przodem, ale już po drodze widziałem, że to może nie być najlepszy widok, bo za nami ciągnie się kałuża krwi.
-…eeemmmm… – nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Prawą ręką trzymał się za czoło, a spod palców płynęła żwawo krew.

– KIEROWCA STAĆ! – krzyczę.
– Nie mogę, muszę do pętli dojechać. – wstałem i podchodząc do kabiny kierowcy zauważyłem, że przecież przednie siedzenia są na podwyższeniu, a jego rant zabezpieczony jest metalową listewką. Nieszczęśnik musiał spaść czołem właśnie na ten metalowy rancik.
– GÓWNO MNIE TO OBCHODZI! TU JEST CZŁOWIEK RANNY! STAĆ W TEJ CHWILI!
– Mówię przecież, że na pętli.

Wracam do Pana:
-Pokaż Pan co się stało.
-…eeeeemmmm… – w chwili w której odjął rękę od głowy na oczy opadło mu czoło. Dosłownie. Rozcięty płat skóry z czoła opadł swobodnie zasłaniając mu oczy.
-Dobra, trzymaj Pan to czoło mocno i nie ruszaj się. Piwo było pite? – podniósł cztery palce wypluwając krew napływającą do ust – otwórz gębę, język cały? – otworzył, cały.
-Mocno trzymaj i nie ruszaj – rzuciłem okiem po autobusie, poza nami i kierowcą był jeszcze jeden pasażer przyglądający się wszystkiemu bez emocji.
-Dzwoń Pan po karetkę! – rzucam – a ja wezmę apteczkę.
-… – brak reakcji.
-Po karetkę dzwoń! – obrócił się tylko i patrzył w noc za oknem.
-Kurw… KIEROWCA, DZWOŃ PO KARETKĘ!
-Nie mogę.
-Dzwoń mówię! Ja nie wiem gdzie jesteśmy!
-Nie będę dzwonił, bo jeszcze problemy w pracy mi zrobią, sam se Pan dzwoń. – no i tu całe szczęście, że kierowcy są w oddzielnej kabinie bo miałem ochotę zwiększyć ilość rannych tej nocy osób.
-Dobra, gdzie mam wołać karetkę? Za ile będziemy na tej pętli? – rzuciłem wybierając 112
-No za 2 minuty.
[D] Dyspozytor …. w Pruszkowie, słucham. – odezwał się głos ze słuchawki.
-Zgłaszam wypadek komunikacyjny, jest jedna poważnie ranna osoba, rana cięta głowy, nie jesteśmy w stanie zatrzymać krwawienia. Potrzebna karetka.
[D] Rozumiem, gdzie wysłać pomoc?
-Jaka tam jest ulica? Co to jest za pętla? – pytam kierowcę.
-Skąd mam wiedzieć co za ulica? Pętla no. – wkurwienie olśniło mnie na tyle, że przypomniałem sobie nazwę miejscowości.
-Pętla autobusowa w Koprkach. – rzucam do dyspozytorki – Proszę o szybkie wysłanie karetki.
[D] Już wysyłam. – odpowiada głos ze słuchawki, a mi przez głowę przeleciały otrzeźwiające obrazki z życia i z lekcji PO, w pół sekundy ułożyłem sobie plan opatrzenia nieszczęśnika z pomocą rzeczy z apteczki samochodowej.
-Dobra – rzucam znowu do kierowcy – dawaj Pan apteczkę.
-Nie mam.
-Coooooo? – nie mogłem po prostu w to uwierzyć.
-No nie mam! Nie ma w autobusie apteczki.

Załamałem się. Zero przedmiotów pomocy medycznej, jeden niedorozwinięty kierowca, jeden niemy świadek zdarzenia oglądający noc przez okno, jeden krwawiący jak szlachtowana świnia Pan z opadającym czołem i ja z opadniętymi w tym momencie do granic możliwości rękami. W mojej głowie zawitała pustka. Czarna, zimna, dojmująca i napawająca strachem pustka. Nie wiedziałem co zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu stanąłem w tak beznadziejnej sytuacji.

-Ręczniki papierowe mam – po kilku sekundach zreflektował się kierowca – na pętlę już wjeżdżamy – dodał pokazując położone na desce zmięte zielono-szare ręczniczki typu „do podajnika ręczniczków w kiblu w starym pociągu PKP”.
-No i co mi po papierowych ręcznikach? – zbity z tropu myślę na głos – Cholera wie jaki gnój tam na nich jest, do otwartej rany z tymi bakteriami to strach i zakażenie.
-…mmmmmMMM – odezwał się nieszczęśnik. Patrząc na niego oceniłem, że kałuża sięga już niemal do drzwi.
-Dobra, daj te ręczniczki – podszedłem do Pana Czółko siedzącego na podłodze, tam gdzie go zostawiłem.
-A Ty mi tutaj siedzieć, nie ruszać się i nie krwawić. – kierowca wyszedł z kabiny z papierem i na widok kałuży krwi rozlewającej się od ściany do drzwi po prostu zamarł.
-NO DAWAJ TO TU! – oprzytomniał. Pomógł mi usadzić Pana Czółko na siedzeniu. Odchyliłem Panu głowę do tyłu.
-Kładź Pan ten papier mu na czoło – nie chciałem być kolejną osobą pozostawiającą bakterie na tym jakże zaawansowanym przedmiocie medycznym.
-A Pan teraz niech trzyma te ręczniki ręką, zaraz karetka przyjedzie.
-Może jakoś pomogę? – podchodząc nieśmiało wykrztusił niemy świadek.
-Pan podejdzie tutaj do jakiegoś domu, dzwoni dzwonkiem jak na sranie, żeby dali co tam mają w apteczce, jakiś opatrunek, gazę, bandaż. A potem do następnego. Ale to bez zastanawiania, ja wiem, że późno jest, ale trzeba próbować. – bo przecież im szybciej uda się to zdezynfekować i obandażować tym lepiej. Przy takim krwawieniu trzeba reagować.

Zrozumiałem, że w autobusie nic już nie zrobię, więc sam też poszedłem dzwonić po domach. Po jakichś dziesięciu minutach wszyscy okoliczni mieszkańcy byli już wybudzeni, ale od żadnego nie dostaliśmy nic. Byłem niemało zdziwiony, bo sam zawsze trzymam w apteczce jakąś gazę, wodę utlenioną i ze dwa bandaże. To wszystko kosztuje jakieś grosze, to raz na dwa lata można kupić, a komuś dać też nie szkoda. Jak na złość przez cały czas nie przejeżdżał tamtędy żaden samochód. W każdej osobówce przecież apteczka musi być.

Wróciliśmy do autobusu. Widok krwi na podłodze był nieciekawy, ale krwawienie osłabło. Tyle szczęścia w tej historii. Dokładnie i tylko tyle, bo oto po kilku minutach zauważyłem, że jedzie jakiś samochód. Wyskoczyłem, żeby go zatrzymać i trochę się zdziwiłem, że wrzucił migacz na pętlę jeszcze zanim zacząłem machać. To był radiowóz. Normalnie, powolutku na pełnym luzie, bez sygnału podjechał sobie radiowóz.

-Zień dobry. Starszy Podchujaszczy z komendy w Pruszkowie zgłaszano pobicie. Co się stało? Pan wzywał?
-Cooooo? Wypadek był, człowiek jest ranny, trzeba pomóc! Karetkę wzywałem! Wypadek zgłaszałem!
-Ta? – spytał rozbawiony – A mnie mówili, że pobicie w autobusie.
-Panie wszystko jedno, wzywaj Pan karetkę szybko. – pociągnąłem go za rękaw, żeby poszedł zobaczyć morze czerwone w autobusie.
-O kur… Jędrek wezwij przez radio karetkę.
-No jak już jesteście to pomóżcie gościowi.
-A co ja mogę zrobić?
-No uuuurwa! Przeszkolenia nie macie? Sam go opatrzę, apteczkę dajcie!
-To w autobusie nie było?
-Nie było! Swoją dajcie.
-Ale my nie mamy apteczki w radiowozie. – powiedział spokojnie, nawet na mnie nie patrząc.

W tym momencie nie zamarłem po raz drugi. Zacisnąłem zęby i ruszyłem zaciskając pięści w stronę policjanta zapatrzonego w autobus.

-Nie. Macie. Urwał. APTEEEECZKI!!??
-Heh, no przypomniało mi się, że chyba coś tam nam powinno zostać. Jędrek? Mamy jakieś bandaże tam z tyłu?
-Tajest, dużo nie ma, ale coś się znajdzie, już szukam Panie Starszy Podchujaszczy.

Znaleźli bandaże. Jędrek profesjonalnie w białych rękawiczkach opatrzył Pana Czółko. Starszy spisał moje dane z legitymacji szkolnej (nie miałem jeszcze 18 lat) i wysłuchał relacji z przebiegu zdarzenia. Poszedłem. Miałem stamtąd jeszcze trzy kilometry do domu. W połowie odległości usłyszałem sygnał karetki.

Po drodze myślałem, że pewnie jestem w szoku i dopiero jak dojdę do domu to mnie weźmie zgorszenie, przerażenie i dręczące myśli, ale wszedłem do domu, zmyłem z siebie krew, zakrwawione ciuchy wrzuciłem do worka na śmieci i zawiązałem. Jakbym w życiu nic innego nie robił. Wskoczyłem do łózka i zasnąłem od ręki.


Brak morału w tej historii, ale dzwońcie na 997, 998, 999.

  • zraisok

    apteczka nie jest obowiązkowa w samochodzie :)

    • Bez względu na wszystko – jak widać jest potrzebna :P

      • zraisok

        A to już inna sprawa :)

  • Wyrzuciłeś te zakrwawione ciuchy w worku gdzieś w odległym kątku? Albo najlepiej zakopać, bo nigdy nie wiadomo, do czego coś komuś na komendzie podpasuje :)

    • Spalone w piecu (zalety mieszkania na wsi). Krew to straszne cholerstwo ze względów san.-epid., więc nie ma się co bawić w szorowanie. Wyrzucenie do śmieci też nie załatwia sprawy, bo na wysypisku jakiś lis, albo inny dziki człowiek rozerwie worek i rozniesie to po okolicy.

      Byłem wrażliwy w temacie, bo mój kumpel w tamtym czasie sprzątał „po zgonach” i opowiadał mi jakich to wymaga zezwoleń i jakich procedur wymaga niszczenie m.in. zakrwawionych rzeczy.

Top
%d bloggers like this: