You are here
Home > Lifestyle > Wrzesień – ledwo wstałem

Wrzesień – ledwo wstałem

Wrześniowy poranek… łóżko-kibel-kuchnia-szafa-spacer z psem… drzwi-klatka-chodnik-przystanek-autobus… już troszkę zapomniałem co to tłok… przystanek-chodnik-recepcja-schody-drzwi-firma-biuro-fotel-biurko… „Część wszystkim”. Stawiam torbę, odwieszam marynarkę i idę zrobić sobie kawę. Siadam, loguję się do systemu.

Siedzę… zastanawiam się „Co ja tu właściwie kurwa robię?”, „Co ja robię ze swoim życiem?” Marazm… moja produktywność jest równa zero/null/nic/nada. Przeglądam Facebooka, Demoty, czy jakieś inne internetowe heheszki. Sporo tego się nazbierało, kiedy mnie nie było. Do trzynastej obrobiłem już śmieszki, więc włączam portale informacyjne i szykuję się na drugą kawę. Głowa wisi ciężko. Nadal nie dociera do mnie co ja tu właściwie robię. Jaki jest sens mojego dzisiejszego życia od 9:00 do 17:00, jaki egzystencjalny cel stawia przede mną ten zakres czasu? Praca tak… jutro się wezmę porządnie za pracę, dziś już i tak jest wyjątkowo spieprzony dzień… jakoś tak… nie wygodnie mi ze sobą.

Źle się czuję, ale to tylko zmęczenie… a może już depresja? Na jesienną melancholijną chandrę chyba jeszcze jest zbyt wcześnie… nie, to zmęczenie, zdecydowanie. Wezmę jakieś witaminy, do jutra mi przejdzie.

Stoję przy ekspresie, a rozmowy moich firmowych „znajomych” odbywają się poza szklaną kopułą, którą się otoczyłem. Nie chcę. Zostawcie mnie. Nie chcę tego słuchać.

Co i rusz ktoś rozbija moją wygodną i przytulną kopułę i zadaje pytanie, którego bałem się już przez ostatnie parę dni. „Jak było na urlopie, gdzie byłeś?” Kurwa… padło no i cóż. Nie przygotowałem sobie odpowiedzi na to jakże istotne pytanie i już poczułem wewnętrzny niepokój i zaszczucie. W głowie kłębią  się myśli, jak z tego wyjść?. Powoli zacząłem pocić się pod kołnierzykiem. Czuję się winny, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. „Sorki, zawiesiłem się. O co pytałeś?” – gram na zwłokę. Kiedy ktoś powtarza swoje jakże oryginalne pytanie do mnie dopiero zaczyna spływać olśnienie, że przecież tak po prawdzie to go to gówno interesuje. On nie chce wiedzieć gdzie ja byłem, chce mi pewnie opowiedzieć jak to był na Bahamach, Tydzień we Włoszech – co ja mówię, do Włoch i Hiszpanii jeżdżą ‚polaczki’, do Chorwacji jakieś studenciaki pod namiot, a Grecja, Egipt i Tunezja to większy wstyd niż Lato w Mieście – czyli pewnie w Rumunii jak prawdziwy snob światowy specjalista, a na weekend się wybrał na Mazury – bo przecież Polska taka piękna i trzeba doceniać. Gówno go obchodzi gdzie ja byłem, bo na grzyb mu ta informacja? Wiem… Do podsycania swojej próżności. Jak tak to spoko:
– U Mamy byłem…
– ooo no widzisz, bo ja to Bułgaria – damn, blisko byłem z tą Rumunią – skoczyliśmy z Misią na 5 dni to Tajlandii – no jak mogłem na to nie wpaść? – a potem Bałtyk bo wspomnienia i melancholia. – Bałtyk, Mazury jedno bajoro.

Tak… przeprowadziłem tę „rozmowę” kilka razy. Będę ją przeprowadzał jeszcze wielokrotnie we wrześniu. Chociaż… znając życie, wszyscy biorący urlop po wakacjach jadą w góry. Po prostu chcą połazić kiedy tamci poprzedni pojadą już do domu i nie będą im zanieczyszczać swoimi gębami panoramy. Chcą podumać, zastanowić się nad swoim życiem i nazbierać sił na kolejny rok festiwalu spierdolenia i pozorów w ciasnym korpo w dużym mieście.

Wychodzę z kawą ze wspólnej kuchni. Dopiję na korytarzu, tutaj nikt nie stoi, nikt nie gada. No i BANG na 30-metrowym korytarzu akurat obok mnie musiały styknąć się Gosia z Kasią i całując się w powietrze koło uszu opowiadać sobie jak było tu, co robiły tam, jak bardzo Wiktorek idzie już do pierwszej klasy i jakie to wspaniałe oldschoolowe tornistry można kupić na moda-dla-dzieci-snobów kropka jego mać pe-el. Jakoś nie przeszkadza im, że stoję dosłownie 40 cm od nich. A może mnie tu nie ma? Może mi się śni? Nie… jak tylko skończyły fanzolić to widziałem jak odwracając się każda w swoją stronę z miejsca zdejmuje z twarzy ten serdeczny uśmiech przyniesiony ze szkolenia motywacyjnego, a ich wargi składają się w bezdźwięczne „suka…”, „a to szmata…”.

Tak… to jednak musi być prawda. Jestem tutaj. Stoję prosto, a całe moje wewnętrzne ja zgniecione żelazną łapą Weltschmerzu niczym kulka papieru na sekundę przed wyrzuceniem na śmietnik życia.

Co ja tu robię?

Co ja tu robię?

Co ja tu robię?

Co ja tu robię?

Co ja tu robię?
Co ja tu robię?

Powtórzę to przez kolejnych 350 poranków, a potem to już znów wakacje i wakacje!

Top
%d bloggers like this: