You are here
Home > #trustory > Z życia fotografa rzemieślnika #trustory

Z życia fotografa rzemieślnika #trustory

Określenie „rzemieślnik” przez lata strasznie nam obrzydło i bardzo mnie to martwi! Lubię nazywać się rzemieślnikiem.

Kto to jest rzemieślnik? Na pierwszy rzut ucha kojarzy się z jakimś starszym wąsatym facetem z papierosem w gębie, umazanym towotem i sadzą, w zapyziałym warsztacie, walącym młotkiem w kawał metalu. Jeśli jest to rzemieślnik, czy czeladnik kowal to racja, ale ten obrazek może być mylący.

Rzemiosło to po prostu wykonywanie zawodu na który ma się papiery – wykształcenie. Nawet nie czepiałbym się tej słownikowej definicji. Rzemieślnik to ktoś z fachem w ręku. Murarz, tynkarz, młynarz, dekarz, szewc, kaletnik, kuśnierz, mechanik, lutnik, fotograf, grafik.

No co Ty gadasz? Lutnik? Grafik to rzemieślnik? Fotograf?

Właśnie że tak! Mam dyplom fototechnika – miarkujecie? Fototechnika – nie podkreślam tego by łaskotać swoje ego, ale dla zwrócenia uwagi na to, że to jest jakaś konkretna nazwa zawodu. Rzemiosła. Uczyłem się tego fachu przez kilka lat, przez następne kilka lat zdobywałem doświadczenie, zarywałem noce, wdychałem chemikalia w ciemni, połykałem książki (mało dostępne w Polsce, co ja mówię, w ogóle na świecie) i publikacje w internecie krajowym i zagranicznym, podglądałem specjalistów, uważnie słuchałem mentorów. Spędziłem setki i tysiące godzin z narzędziami w rękach. Spędziłem kolejne setki i tysiące godzin siedząc przy komputerze ucząc się i ćwicząc obsługę programów graficznych i okołograficznych. Pobierałem praktyki w różnych miejscach i z każdego z nich wynosiłem jak największą ilość wiedzy. Kreowałem swój warsztat, budowałem swoje rzemiosło.

Sytuacja właściwa:

Dla jednej z klientek wykonywałem bardzo delikatną, szczegółową i skrupulatną rekonstrukcję ponadstuletniej fotografii. Rzecz zajęła mi dwadzieścia godzin. Musiałem zaangażować w to ogrom ze zdobytej wiedzy, włożyć w to kupę cierpliwości, wybić się na wyżyny swoich umiejętności manualnych i w te parędziesiąt godzin przebiec w głowie 10 lat nauki i zbieranych doświadczeń, wybierając wszystko to, co było potrzebne by dokonać tego cudu odnowienia… cudu, bo efekt był naprawdę zadowalający, rzadko bywam dumny ze swojej pracy, ale ta była wypieszczona w najdrobniejszych detalach.
Klientka przyjechała po odbiór. Wydaję zamówienie z przekrwionymi z niewyspania oczami, pokazując z zadowoleniem efekt mojej pracy.
– O Boże jak pięknie! Od razu poznać, że artysta!
To już było jakby ktoś mnie w mordę strzelił, ale zdobyłem się jeszcze na pełen profesjonalizm:
– Nie artysta droga Pani, rzemieślnik– odpowiedziałem z całą uprzejmością nadając tonowi mojego głosu jedwabistą barwę szarmancji.
– Jaki tam rzemieślnik. Widać, że artysta!
No i już wiedziałem… wiedziałem że wybiłem się na szczyt swoich umiejętności zupełnie na darmo. Dalej było już jak po sznurku – temat wcześniej przerabiany. Bo przecież artysta – to nie ktoś, kto zapracował na swoje umiejętności, tylko ktoś kto urodził się z jakimiś talentami od życia i Boga i nie musiał w życiu nic z tym robić. Proste. Taki artysta, który zrobił renowację kawałka papieru na ile zasługuje pieniędzy? Co on tam, porobił coś przy tym, przy komputerze posiedział, wydrukował, ile on może za to wziąć? Taki artysta, co czego się tam nie tknie to mu samo pięknie wychodzi. No na ile on się przy tym napracował? Na 20zł? 50?
– Za renowację 600zł.
– ILE!?
– 20 godzin po 30zł, normalnie bierzemy 60zł, to jest za pół ceny.
– CO!?
– No ja uprzedzałem, mówiła Pani, że cena nie ma znaczenia, że to klejnot rodziny…

Nie wydałem tej pracy. Nie miałem nawet siły się złościć, było mi po prostu bezdennie kurwa żal i zwyczajnie chciało mi się płakać – mi, w życiu widziałem i przeszedłem niejedno, kawałek za połową drogi między drugim a trzecim krzyżykiem, kilka centymetrów do metra dziewięćdziesięciu, kilka kilo do stu – byłem chyba zbyt zmęczony, żeby uronić tę wibrującą we mnie i grzejącą mnie od środka łzę.

Klientka następnego dnia z właścicielką zakładu (która z resztą broniła mojej pracy jak się dało) stargowała niemal połowę z tej ceny i nie pozwoliła nawet na opublikowanie rekonstrukcji jako wzoru pracy. Tyle wdzięczności. Koncertowy foch klientki. Tyle poszanowania dla rzemiosła.

  • kelu

    W pełni rozumiem, niesamowicie musi to być frustrujące… :(
    Ale myślę akurat, że kwestia „bycia artystą” czy „rzemieślnikiem” jeśli chodzi o cenę nie miała tu nic do rzeczy.
    Znam paru artystów i bardzo krzywdzące z Twojej strony jest stwierdzenie, że to ludzie którzy nie musieli na swoje zapracować. Wiem, że pisałeś o stereotypach widzianych oczami klientki, ale mimo wszystko warto sprostować ;) Myślę, że nie istnieją zajebiści artyści którzy nie poświęcili swojej nauce wielu godzin swojego życia.

    • Jasne, masz 100% racji. ;)

      To tylko niektórzy klienci mają takie ścieżki ‚logicznego’ myślenia. Ponadto używają słowa ‚artysta’ właśnie w opisanym zupełnie wypaczonym znaczeniu.

      Ja jestem rzemieślnik i w świecie fotografii na wszystko pracowałem. Nie jestem fotografikiem-artystą, nie robię idealnych zdjęć, to w ogóle nie jest moja ścieżka zawodowa. Znam natomiast wiele osób, które nie mają żadnego podręcznikowego przygotowania do fotografii i robią piękne, wartościowe fotografie. I chwała im za to. :D Tylko im też należy się szacunek za to co robią, a to oni jeszcze częściej spotykają się z brakiem zrozumienia wartości wykonywanej pracy.

      Co zrobić… podstawowy klientowski żarcik przestał być śmieszny już 15 lat temu, a nadal w tysiącach zakładów usługowych wybrzmiewa co dnia. „Panie! Ile za to i dlaczego tak drogo?”

  • Marta Aleksandra

    E tam, rzemieślnik, czy artysta… Przecież to Mistrz! ;)

    Niestety dzisiaj mało kto docenia profesjonalne, indywidualne talenty (bo talent to w 90% ciężka praca…) .
    Mało znanym zjawiskiem jest też fenomen ciężkiej, uczciwej pracy oraz enigmatyczna jest dziś wartość pieniądza. Skoro tyle samo kosztuje byle jaki ciuch, stary samochód i praca kasjerki przez miesiąc to skąd ludzie mają wiedzieć jaką co ma wartość?…. Sad but true…

    A wracając do wątku – Mistrz!

    • Dzięki za miłe słowa! :D
      A tak w ogóle to Mistrz też nie :D Mistrz to ‚tytuł’ zawodowy, a dyplomu mistrzowskiego nie uzyskałem, bo w moim roczniku już nie prowadziło się egzaminu na Mistrza Fototechniki. A szkoda, chciałbym mieć taki dyplom :D Może jeszcze kiedyś uda się coś takiego zrobić. :)

      • Marta Aleksandra

        Kurczę, masz racje. Wychodzi na to, że na razie nie ma egzaminów mistrzowskich dla fototechnikow… Ale dla fotografów znalazłam, i dla karmelarza :)
        http://www.zrp.pl/LinkClick.aspx?fileticket=glqMWgNX%2fkU%3d&tabid=72&language=pl-PL

        Choć nie mam uprawnień, to spokojnie można uznać tytuł Mistrza z nadania ;)

      • Bob

        Odpowiem krótko i dosadnie na widok drugiego zdjęcia: o ja pierd…ę

        • A no dziękuję – te słowa są dla mnie jednym z lepszych krótkich i dosadnych komplementów. :D

  • Mój ojciec kiedyś w poprzednim ustroju pracował w Cechu Rzemiosł Różnych (poważnie się to tak nazywało) – muszę go zapytać, czy miszcz to stopień rzemieślnika jak np. czeladnik, czy już wyższy poziom.

    Zmieściłem kiedyś w kuchni 2,1×1,6m wszystkie podstawowe sprzęty i jeszcze zmywarkę 60-kę, ale to ciągle nie jest poziom tego zdjęcia po retuszu. Wracam się uczyć.

    • Mistrz to jest tytuł naukowy :D Mogłeś zostać zwykłym technikiem w danym zawodzie, ale była też opcja zdawania stopnia mistrzowskiego. Tak więc po technikum z kolejnym egzaminem można było zostać mistrzem zawodu. :) Moja Mama o ile dobrze pamiętam jest mistrzem krawiectwa ^_^ sam też nakroiłem niemało pod jej okiem :D

Top
%d bloggers like this: