You are here
Home > Polityka > Zapomniana historia legendarnego opornika

Zapomniana historia legendarnego opornika

To nie była tylko moda jak obserwowane w dzisiejszych czasach internetowe wyzwania – np.  z wylewaniem na siebie wiadra zimnej wody w celu pokazania swojej solidarności z pewną grupą osób dotkniętych chorobą. To nie było wstawianie kolorowych profilowych zdjęć na Facebooka. To nie było wrzucenie złotówki do puszki na zbiórkę dla chorych dzieci. To był opornik!

W czasach PRL, kiedy cenzura szalała w obronie ówczesnej poprawności politycznej, w społeczeństwie narastała coraz większa świadomość tego, że nie ma wolności, że prawda jest zmanipulowana, że władze nie działają na korzyść obywateli. Nie mogło być wtedy mowy o wolności słowa i o wyrażaniu swoich niepochlebnych opinii na temat ustroju. Zawsze kończyło się to nieprzyjemnościami. Kiedy nie dało się już w żaden sposób wyrazić swojego niezadowolenia ktoś wpadł na pomysł wykorzystania opornika do manifestacji swoich poglądów i wpiął go w klapę marynarki. Oporników nie można przecież zabronić, to byłaby farsa wychodząca poza wszelkie granice absurdu. Symbol był tak jasny w odczycie i jednoznaczny, że błyskawicznie się przyjął i rozprzestrzenił. Oporniki wpinano w marynarki, swetry, koszule. Noszono je zaplecione na palcach w charakterze pierścionków. Kto miał przy sobie opornik ten był „za”, ten wspierał ideologiczny ruch oporu wobec władz.

Opornik stał się nicią porozumienia i środkiem komunikacji na płaszczyźnie ideologicznej, myślowej i społecznej. Był znakiem, który pokazywał w sferze globalnej jak duży jest opór, jak wiele osób potrzebuje zmiany. Władze PRL oczywiście przekroczyły granice absurdu i jak tylko się dało utrudniały życie ludziom z opornikami noszonymi w widocznych miejscach. Za mały niepozorny oporniczek można było trafić do aresztu, jednak mimo wszystko opornik przeszedł do legendy. Warto ją powtarzać, choćby po to, żeby kolejnym osobom otwierały się nowe klapki w głowach, żeby jasne było, że w każdej sytuacji jest jeszcze coś do zrobienia, że proste i małe rzeczy potrafią zmieniać świat i że warto się porozumiewać z pozornie obcymi ludźmi. Bo coś nas zawsze łączy, spaja. Gdzieś globalnie jesteśmy wielką rodziną, w której każdy ma ten sam cel – mieć możliwość godnego przejścia przez życie.

Dziś ogromna ilość z nas prowadzi swoją małą ideologiczną wojnę. Wielu z nas ma swój ruch oporu i prowadzi swoje starcia w komentarzach w internecie, czy nad rosołem podczas niedzielnego obiadu. Każdy z takich wojowników ściera się z pozostałymi wynosząc na piedestał jakąś opcję polityczną, działając na rzecz ugrupowań lub systemów światopoglądowych. Systemów, a nie ludzi. W efekcie wygląda to trochę tak, jakby każdy z krzykaczy był sam przeciwko wszystkim.

Jak to się stało, że gdzieś po drodze zapomnieliśmy, że powinniśmy się wspierać, a nie od siebie różnić na każdym kroku?

Top
%d bloggers like this: