You are here
Home > Lifestyle > Znajomość z dzieciństwa

Znajomość z dzieciństwa

Kochałem się w niej od dziecka, odkąd pamiętam. Widywałem ją u moich Dziadków w górach. Tak, ona zawsze tam była. Po prostu była, czekała. Fascynowała mnie, a fascynacja była tym większa, że nie mogliśmy ze sobą rozmawiać. Ona nie mówiła. Nie miała krtani…

Kliknij play i czytaj dalej.

Pamiętam jak dziś, że spotykaliśmy się u Dziadków za stodołą i pomimo jej kilku wad te spotkania były zabawne. Nadrabiała swoją ułomność figlami, kręciła kurczaki tak że biegały slalomem, plamiła ściany stajni i wydawała przy tym różne charakterystyczne dla jej przypadłości odgłosy. Bardzo lubiła koty, a one jeśli tylko słyszały któryś z zarezerwowanych dla niej dźwięków to od razu przychodziły na spotkanie. Łasiły się do niej. Dużo tańczyła i gdyby tylko mogła, to śmiała by się w głos. Polubiłem ją. Lubiłem ją chociaż miewała strasznie głupie pomysły. Pamiętam jak jednego zimowego dnia chodziliśmy po lodzie, ona zaczęła nagle tupać, a lód popękał. Wpadłem wtedy do lodowatej wody i myślałem, że mi pomoże, ale ona czekała na mnie na brzegu. Potem szła ze mną przez las trzymając się blisko, chciała sprawdzić tylko, czy dam radę dojść do domu. Nie dałem jej tej satysfakcji i doszedłem o własnych siłach. Raz zrzuciła na mnie wielką szafę, nie wiem jak to zrobiła, ale pchnęła na mnie szafę, a nadstawka spadając uderzyła mnie w głowę. Szafa by mnie zgniotła, ale szczęśliwie zamiast wprasować mnie w szczeliny między deskami podłogi, zgniotła i oparła się na dużej doniczce z jakąś palemką. Cóż, pomysły były głupie, ale takie rzeczy się wybacza, dzieci szybko wybaczają. Mimo wszystko nie do końca ją rozumiałem, ale przyzwyczailiśmy się do siebie i zawsze wychodziliśmy sobie na spotkanie. Dopiero z czasem ta znajomość spowszedniała i moja fascynacja zaczęła powoli gasnąć.

Niestety moje życie potoczyło się tak, że nagle musiałem wyprowadzić się bardzo daleko od dziadków i z moją niemą przyjaciółką nawet się nie pożegnałem. Ja byłem tysiące kilometrów dalej, a ona została. Bez pożegnania. Nie przejmowałem się tym, byłem tylko dwunastoletnim dzieckiem i po prostu o niej zapomniałem. Ona natomiast nie zapomniała. Szukała mnie. Pół roku od naszego rozstania odebrałem telefon z mojej rodzinnej wsi, z mojego niegdyś rodzinnego domu, który sąsiedzi kupili razem z naszym kotem. Nie chciałem się z moim kocim przyjacielem rozstawać, ale rodzice wytłumaczyli mi, że to jest jego miejsce, nie można go było stamtąd zabierać, rozumiałem to. W słuchawce pośród kilku innych informacji usłyszałem, że widziano ją tam. Dwadzieścia kilometrów od domu moich Dziadków. Kilka godzin marszu przez las i góry. Znalazła mój rodzinny dom i kiedy chodziła wkoło ogrodzenia mój ulubiony mruczek wyszedł do niej, żeby się pobawić. Moja dawna znajoma przemierzyła góry i lasy… znalazła mój utracony rodzinny dom i bawiła się z moim ukochanym kotem… Moja głowa wypełniła się nagle wspomnieniami i coś we mnie pękło. Tej nocy płakałem… tęskniłem.

Kolejne zapomnienie przyszło szybko. Dojrzałem do tego, że nie było czego rozpamiętywać. Rodzinnego domu i kota i tak już nie odzyskam. Nigdy. To był zamknięty rozdział z książki jaką pisało moje życie i należało po prostu przewracać kolejne strony. Brać z każdej jak najwięcej nauki i iść do kolejnych. Fabuła tej książki rzuciła mnie jeszcze kilka razy w różne miejsca na świecie, a mój mały tobołek osobistych rzeczy przemierzył w ciągu paru lat kolejne tysiące kilometrów by wyrzucić mnie wreszcie w okolicach Warszawy.

2 lata. Niecałe 2 lata później mnie znalazła. W moim małym domku w Płochocinie. Pół tysiąca kilometrów od domu moich Dziadków.

Przyszła nad ranem. Nie wiedziałem o tym, to pies zerwał się i zaczął drapać drzwi czując, że ktoś jest na zewnątrz. Wstałem, żeby otworzyć, ale ona była szybsza. Weszła nieproszona. Była wściekła. Pchnęła mnie, a ja zwaliłem się na podłogę. Wstałem, ale był z nią ktoś jeszcze, nie widziałem go, nie poczułem, że tam jest. Uderzył mnie w głowę, przed oczami pociemniało, a ja nie rozumiejąc co się dzieje chciałem tylko uciec. Te kilka metrów do drzwi to było ciągłe podcinanie nóg i kopniaki w głowę. Podcinanie i kopniaki. Nie miałem sił, czołgałem się. Zostawili mnie na trawniku przed domem, kiedy już straciłem przytomność.

Z tego co działo się później pamiętam tylko przebłyski. Ratownicy – … – karetka -…- strzykawka -…- sala szpitalna, sen, ból głowy, sen, ból, sen, ból, przeraźliwy doprowadzający do utraty przytomności ból. Paraliżujący. Odbierający zmysły ból. I ona. Była tam. Przez te kilkadziesiąt godzin moich ucieczek i powrotów do przytomności siedziała obok mnie i z wyrachowaniem torturowała mnie swoim spojrzeniem i dotykiem. Chciała opowiedzieć swoją smutną historię tych lat rozłąki, ale nie mogła mówić, przecież nie miała tej pieprzonej krtani. Zrozumiałem tylko, że wyrosła, że już nie bawi się z kurami i kotami. Dojrzała w niej wściekłość i od tej pory będzie bawić się mną i chodzić za mną krok w krok. To była niema obietnica o wielkiej sile. Obietnica, której spełnianie zaczęła już tamtej nocy.

Kazała pamiętać, rozpalała w mojej głowie obraz tego tańca z dzieciństwa. Tańca i zabawy. Tego co robiła u Dziadków. Pokazała mi co robiła z moim kotem. Wzbudzała we mnie wspomnienia i ogromne poczucie winy. Leżałem w bezruchu, kompletnie bez sił, a ona bawiła się z moimi współtowarzyszami ze szpitalnej sali, rzucając mi w przerwach złośliwe uśmiechy.

Od tamtej pory prześladowała mnie. Chciała zmienić moje życie w koszmar. Widziałem jak plącze w nici swoich intryg wielu ludzi. Tam w szpitalu kilku. Później moich kolegów ze szkoły. Część mojej rodziny. Przypadkowe obce osoby spotkane gdzieś w pociągu, w parku, na chodniku. Jeśli tylko byłem w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie to walczyłem o to, żeby wyrwać tych biednych, nieświadomych ludzi z jej knowań i harców. Parę razy mi się udało. Kilka razy poległem. Parę razy sam musiałem jej uciekać, ale koniec końców znów się do niej przyzwyczaiłem. Do tej, która nie mówi, która nie ma krtani…


Jest pierwszy listopada. Kiedy kończę pisać ten tekst dochodzi piąta nad ranem i już za godzinę cmentarze zaczną zapełniać się tymi, którzy chcą wspominać swoich bliskich zmarłych. Nie będę miał dziś okazji odwiedzić grobu mojego Dziadka, ale zapalę światełko tu gdzie jestem. Robię tak co roku, żeby pamiętać o tym, że nie zadałem mu kilku pytań, nie zdobyłem się na rozmowę. Zawsze powtarzałem sobie „następnym razem”, nie zdając sobie sprawy z tego, że kolejnego razu może już po prostu nie być. Mój Dziadek nie potrzebuje już tego igrającego płomyka, to ja go potrzebuję.

Dlatego zapalcie dziś znicze chwaląc pamięć zmarłych, ale weźcie naukę z moich błędów i pamiętajcie o tych, którzy jeszcze tutaj są, którzy żyją, bo od nich możecie dostać wiele i dać im wiele, a śmierć nie da Wam już żadnych odpowiedzi.

Widziałem w życiu wiele śmierci i zapewniam Was o jednym: śmierć nie mówi – nie ma krtani.


Udostępniony utwór wykonany przez zespół MADMOOD – wokal Monika Adamska

  • Dobry tekst!

    • Dzięki. Chciałbym opisać szeroko moje spotkania ze śmiercią, bo odbyłem ich w życiu tak wiele, że sam już nie wiem kiedy przestałem się nimi przejmować. Przez te doświadczenia stałem się zimnym skurwielem, ale w dalszym ciągu nawet poza moim życiem, zdarzają się śmierci tak bezsensowne, że nie jestem z nimi w stanie przejść do porządku dziennego.

      Bo śmierć nie daje odpowiedzi. Żadnych.

      A tragedia ludzi doświadczających niesprawiedliwej śmierci swoich bliskich, potrafi ruszać serca, nawet tak bezwzględnych skurwieli jak ja.

      Bo prawdziwie dobrzy ludzie odchodzą zbyt szybko i z błahych powodów. A ja… a my… jesteśmy świadkami tej niesprawiedliwości.

Top
%d bloggers like this: